12 maja 2013

Rozdział II




      Poniedziałek zaczęłam jak zwykle od kawy z naszego biurowego ekspresu. Plus spienione mleko, oczywiście. Uwielbiałam ten zapach, który rozchodził się po całym pomieszczeniu, kiedy zasiadałam za biurkiem i uśmiechałam się do sufitu. Sufit był zwykły, wyglądał tak, jak w każdym innym biurze, ale patrzenie na niego przynosiło mi ulgę. Może krew mi lepiej przepływała, kiedy odchylałam głowę?
- Jak weekendowe szaleństwo?
      Marek rzadko kiedy mówił na powitanie jakiekolwiek standardowe słowa, bo najczęściej rzucał pytaniami.
- Dobrze – odparłam krótko i zrobiłam łyk kawy.
        Ten ekspres działa cuda.
- Nie umierasz? - spojrzał na mnie z zaczepnym uśmiechem, bo jakieś trzy tygodnie temu byłam lekko niedysponowana po weekendzie z Alicją. Do tej pory wypomina mi moją zieloną twarz.
- Nie, zrobić ci kawę? - wyszłam zza biurka, przy okazji pociągając go za krawat.
       Nie lubił tego, więc zmarszczył czoło.
- I jaka pomocna. Coś się stało?
- Chcę ci zrobić kawę, to coś znaczy? - popatrzyłam zainteresowana jego ciekawością i mylnymi wnioskami.
- To chyba znaczy, że kogoś poznałaś.
- Marek – westchnęłam - codziennie kogoś poznaję.
        Podstawiłam filiżankę i wcisnęłam guzik startu.
- Ale nie codziennie proponujesz, że zrobisz mi kawę.
- Bo zwykle jesteś przede mną?
        Pik-pik. Kawa gotowa.
       Marek zaśmiał się cicho i uznałam, że to już koniec tego tematu. Przez miniony weekend poznałam tylu ludzi, że nawet nie pamiętam dokładnie ich imion.
       Około dwunastej moją wiedzę postanowił zmienić nieco niejaki Mateusz.
- Czekam na ciebie wieczorem w „Akwarium” - powiedziałam na głos.
- Zapraszasz mnie na drinka? - Marek uniósł głowę znad kartek.
- Nie, jakiś Mateusz mnie zaprasza. Znam jakiegoś Mateusza? - zrobiłam głupią minę, próbują się zastanowić.
- Znasz masę ludzi, w tym z tuzin Mateuszów – mruknął, wracając do pracy.
- Racja, ale tego nie znam. I nie poznam go, bo wybór „Akwarium” jest co najmniej kiepski.

       Alicja podrzucała jedną z moich poduszek, które ozdabiały narożnik. Kiedy próbowałam się dowiedzieć co takiego się stało, odpowiadała krótkie nic. Dlatego byłam pewna, że jednak coś się wydarzyło. Z pewnością miała jakichś problem, a moja była w tym głowa, ażeby się dowiedzieć.
- Dostałam wiadomość od jakiegoś Mateusza.
- Którego?
- Przecież mówię „jakiegoś”. To pewnie któryś z tych facetów z soboty. Kojarzysz może?
         Alicja przestała podrzucać poduszkę i spojrzała na mnie intensywnie. Oj, bardzo.
- Nie, żadnego Mateusza – powiedziała w końcu.
- A ten młody, jak miał na imię? - ruszyłam do ataku.
- Piotr – odparła szybko, nieco podniesionym głosem, a potem jeszcze szybciej zamknęła usta, a jej oczy zrobiły się większe niż pięć złotych.
        Bingo.
- I co z tym Piotrem?
- Jezu, Waleria, on mógłby być moim synem! Synem!
       Synem? Jej synem? To ile on ma lat? Dziesięć?
       Spojrzałam na nią pytająco.
- On mnie okłamał! - wrzasnęła nagle i cisnęła niewinną poduszką w kąt narożnika. Posłałam jej (poduszce) współczujące spojrzenie. - Ten, ten chłystek! Ty wiesz ile on ma lat?!
- Około dwudziestu jeden? - spytałam niepewnie.
- Szesnaście! Jeden sześć! Rocznik konstytucji!
       Spojrzałam na nią, jak na wariatkę? Skąd ona to porównanie do konstytucji wzięła? Musiało nią nieźle trzasnąć.
- Słuchaj, nie może mieć szesnastu lat, bo w tym klubie sprawdzają dowody. Poniżej osiemnastki nie wejdziesz. Chyba, że ma jakieś znajomości albo podrobione papiery – dodałam, choć powinnam była ugryźć się w język.
- I w dodatku kryminalista! - Alicja krzyczała coraz bardziej. Podniosła się z narożnika i machała rękoma. Bałam się, że zrobi komuś krzywdę. - Oszust i kryminalista! I mógłby być moim synem!
- Alka, jaki syn? Musiałabyś mieć dwanaście lat.
- Mało mamy teraz patologii?! Ja też mogłam być patologią!
     No, to pięknie. Nie dość, że przeleciała gówniarza, to jeszcze ma do niego słabość.
     Może jednak umówię się z tym Mateuszem?
    Wystukałam pospieszne wiadomość i wysłałam do niejakiego Mateusza. Po chwili otrzymałam informację zwrotną – jutro o piętnastej, w restauracji. Obiad. Może jednak nie jest taki zły?
     Nie rozpoznałam go, to on ruszył w moim kierunku i już byłam pewna, że: po pierwsze nic z tego nie będzie, a po drugie: z pewnością nie dałam mu swojego numeru. Chłopaka widziałam pierwszy raz w życiu. I ostatni, postanowiłam.
- Może nie powinnam tak od razu, ale chyba musimy wyjaśnić sobie pewną kwestię – zaczęłam, zaraz po tym jak usiadłam przy stoliku.
       Pomyślałam, że nieładnie będzie tak po prostu wyjść.
- Zatem... Skąd masz mój numer? - zapytałam.
- Twoja koleżanka mi podała – odparł z rozbrajającą szczerością.
      Alicjo, nie żyjesz. Właśnie złamała jedną z podstawowych zasad imprezowania: nie podajemy nawzajem swoich numerów. To grzech. I dlaczego jemu?!
- Ach, no tak – wzruszyłam ramionami. - Dlatego cię nie kojarzę. Poproszę kurczaka z warzywami i wino – zwróciłam się od razu do kelnera.
      W głowie obmyślałam plan ukarania Alicji lub przynajmniej poważną reprymendę.
- Mam dla ciebie niespodziankę – powiedział Mateusz.
      Nie, nie zostanę twoją żoną. Nie spędzę z tobą najbliższego weekendu. Nie, nie, nie.
- Niespodziankę? - zapytałam słabo. - Ale przecież nie ma takiej potrzeby...
- Już kupiłem. I nie możesz odmówić, bo idziemy tam zaraz po obiedzie – odparł zadowolony.
       Strach było pytać o co chodzi.
- Tam?
- Zobaczysz.
       Super. Romantyk – niespodziankowicz. Czy jeśli sobie przypomnę, że zostawiłam żelazko na gazie, to mi uwierzy?
       Nie będę narzekać na obiad – był smaczny. Mateusz był naprawdę miły, ale nic, kompletnie nic mnie w nim nie intrygowało.
      Próba wykręcenia się z „niespodzianki” także nie zadziałała. Pozostało mi wsiąść do taksówki i ujrzeć to, co czego widzieć zapewne nie chciałam.
        Hala Podpromie?
- No, chodź, zanim będą kolejki – Mateusz pociągnął mnie za rękę. Prawie sobie zęby wybiłam, ale co za różnica skoro w niego wstąpił jakiś nowy duch.
       Mecz? Idziemy na mecz? To jest ta cała niespodzianka?
       Dzięki Bogu!
      Tylko co za sens wchodzić na pustą halę? Może to jednak nie mecz?! Waleria, myśl, myśl, myśl!
- Mateusz, ale co to wszystko ma znaczyć? - zapytałam, zatrzymując się w szerokim korytarzu.
- Zdaję sobie, że to trochę niekonwencjonalna pierwsza randka, ale pomyślałem, że miło spędzimy czas.
       Randka?
    Mam alergię na słowo „randka” zwłaszcza z mężczyznami, którzy kompletnie nie są w moim guście. Mateusz, oprócz tego, że jest miły i dla wielu kobiet z pewnością przystojny, nie porusza we mnie kompletnie nic. Może odrobinę strunę strachu, bo takie wycieczki i szumne zapowiedzi działają na mnie stanowczo odstraszająco.
     Moje skołatane nerwy ukoił dopiero widok kilkunastu ludzi na trybunach, muzyka z głośników, coraz większy tłum i świadomość, że na szczęście czas płynie cały czas do przodu. Zajęłam się więc małą butelką wody, który uczynnie dostarczył mi Mateusz i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń – to znaczy z całych sił pragnęłam, by mecz jak najszybciej dobrnął do końca, a ja mogłaby nareszcie wrócić do domu.
       Koniec z niepewnymi spotkaniami!
- Na meczę chodzę od zawsze! - krzyczał do mnie Mateusz akurat wtedy, kiedy z głośników płynęła głośna muzyka, a kibice wydobywali z gardeł okrzyki. Na cześć wychodzących zawodników, którzy zaczęli rozgrzewkę.
- Aha! - odkrzyknęłam elokwentnie.
      Nie jestem niemiła, naprawdę. Tylko to wszystko nieco za długo trwa.
     Nie wiedziałam, że w połowie meczu doznam olśnienia. A raczej zderzę się ze ścianą. Chociaż... Nie, to jeszcze nie była ściana. Miękkie drzwi.
- Mateusz! - pociągnęła go za rękę. - Kim jest ten z siódemką?
- To nasz kapitan? - spojrzał na mnie co najmniej jakbym dopuściła się grzechu ciężkiego nie znając rzeszowskiej drużyny.
      Heloł, nie wszyscy muszą się interesować siatkówką!
      Wolałam nie pytań o nazwisko, bo gotów mnie zadźgać wzrokiem.
     Wrażenie, że pana z siódemką znam potęgowała każda minuta. Pod koniec meczu stwierdziłam jednak, że to niemożliwe i moje odczucia spowodowane są dniem pełnym wrażeń. Dopiłam resztę wody, a potem jak najgrzeczniej umiałam, podziękowałam Mateuszowi za popołudnie i wieczór. Jeszcze szybciej dorwałam taksówkę i wróciłam do domu, w którym odetchnęłam z ulgą.
       Jedna sprawa nie dawała mi spokoju.
      Otworzyłam laptopa i weszłam na stronę rzeszowskiego klubu, potem wybrałam zakładkę „Drużyna” i prawie padłam na zawał.
        Niebieska koszula odnaleziona.

***
Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście były.