Z
Niebieską Koszulą zatańczyłam dwa utwory, a potem zniknął
niczym Kopciuszek na balu. Z tą różnicą, że nie zgubił buta, a
porwany został przez swoich znajomych – nie przez północ, którą
i tak mieliśmy za sobą. Po tym, jak krótko mi podziękował i
uśmiechnął się pięknie, stałam na parkiecie kilka długich
sekund, gapiąc się przed siebie.
Tak
zakończyła się nasza przygoda.
Czasami
mam wrażenie, że żyję tylko w swojej rzeczywistości, a reszta
świata dzieje się obok mnie. To poczucie kompletnej odrębności,
grubej krechy, która oddziela mnie od tego wszystkiego.
Prościej
mówiąc: jestem najmniej poinformowaną osobą w mieście. No,
przynajmniej w niektórych tematach.
Wybrałam
numer Alicji, ale ona nie odbierała. Chciałam się z kimś
podzielić moimi myślami. Spojrzałam na zegarek – była prawie
dwudziesta druga, więc nie zamierzałam niepokoić mamy.
Marek.
Marka zawsze uważałam za jedynego rozsądnego kandydata na mojego
męża. Drugiego męża. Tyle, że nie zamierzałam przez najbliższe
lata wychodzić za mąż, a poza tym on musiałby mnie choć trochę
kochać. Albo żebym go chociaż pociągała jako kobieta.
- Marek!
- krzyknęłam do słuchawki.
- W
którym jesteś szpitalu? - zapytał ziewając.
Jakim
znowu szpitalu?
- Jestem
w domu – odparłam. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Zamieniam
się w wielkie ucho.
Roześmiałam
się z dwóch powodów: pierwszym był Marek, a drugim moje myśli,
które nagle podpowiedziały mi, że zachowuję się niczym
nastolatka, która zobaczyła swojego idola i nie potrafi opanować
emocji. Głos Marka, jego spokój i rzeczowość udzieliły mi się i
sprawiły, że poczułam ulgę.
- Właściwie
to już nic – powiedziałam ze śmiechem. - Co robisz?
- Oglądam
mecz, ale jest tak beznadziejny, że chyba przełączę na badziewną
komedię. Powiesz mi po co dzwonisz?
- Mogę
z tobą pooglądać badziewną komedię?
- Jasne.
Rzuciłam
krótkie „dzięki”, ubrałam się, a pięć minut później byłam
już u Marka. Miałam to szczęście, że mieszkał w bloku obok.
Dobrze
wiedzieć, że nie jest się samemu na świecie.
Niebieska
koszula chodziła mi po głowie przez kolejne trzy dni. Czwartego zaś
praca się lekko posypała i nie miałam czasu, by myśleć. Piątek
dnia odwiedziła mnie Alicja z winem, więc logicznym było, że
myśleć nie było po co. Szóstego dnia była znowu praca, a
siódmego Mateusz czekał na mnie z bukietem róż.
- Yyy
– zaczęłam cała zaskoczona, jeszcze nie wściekła – wkurzona
byłam dopiero po chwili, kiedy zrozumiałam, że on chce wejść w
moje życie. Nie lubię jak mi ktoś wchodzi w życie.
- Masz
zepsuty telefon? - zapytał, wyłaniając się zza róż.
Róże
są tandetne. Wcale nie romantyczne. One wyrażają kompletne NIC.
- Nie?
- spojrzałam na niego już lekko podminowana.
- Nie
odbierałaś, nie odpisywałaś, więc pomyślałem, że może masz
awarię.
„Masz
awarię”? Mam tylko lekkie spięcie.
- Widocznie
nie wziąłeś jeszcze jednej opcji pod uwagę – powiedziałam. - I
skąd wiesz, gdzie pracuję?
- Popytałem
– odparł szczerze. - Proszę – wręczył mi bukiet róż, który
musiał sporo kosztować. To mnie tylko rozsierdziło.
- Mam
alergię na róże – powiedziałam. - Spieszę się.
Zdawałam
sobie sprawę, że to nie było najlepsze rozwiązanie sytuacji, ale
wolałam nie udawać przez kolejny godziny, że świetnie się bawię
i planuję z nim przyszłość. To typ faceta, który nie rozumie, że
wszystko ma swój czas i miejsce, a tym bardziej nie potrafi czytać
z zachowania partnerki.
- Kochanie,
czekałam na ciebie! - zawołałam w stronę Marka, który wyszedł
właśnie z firmy. On oczywiście nie ma zielonego pojęcia o grze
aktorskiej, więc zrobił zdziwioną minę, a brwi osiągnęły
apogeum uniesienia.
Lewo
powstrzymałam się, by nie klapnąć sobie samej w czoło.
Marek
podszedł do nas, spojrzał na mnie morderczo po czym uśmiechnął
się od ucha do ucha i przedstawił się Mateuszowi.
- Piękne
róże – rzucił.
- Waleria
ma alergię, nie wiedziałem – odparł tylko.
- Masz
alergię? - Marek zapomniał, że jest moim chłopakiem, który wie o
mnie dosłownie wszystko: łącznie z tym, że przecież mam alergię.
- No tak! - zreflektował się po moim spojrzeniu.
Musiałam
ratować sytuację.
- Kochanie,
poczekaj na mnie w samochodzie, chcę jeszcze zamienić słówko z
Mateuszem – powiedziałam przymilnie.
Marek
posłał mi kolejne mordercze spojrzenie, choć chyba mu ulżyło.
- Słuchaj,
przepraszam, że tak wyszło – powiedziałam. - Jestem zajęta,
więc nie możemy się już spotykać – skłamałam.
Naprawdę
nie chciałam być okrutna.
- Zauważyłem.
- Głupio
wyszło, ale... W sumie głupio i tyle. To cześć – uśmiechnęłam
się zakłopotana.
Może
to nie była popisowa akcja oddalenia zalotów, ale nic innego nie
przyszło mi do głowy.
Teraz
jeszcze muszę przeżyć wrzask Marka.
A
krzyczeć będzie na pewno.
Zabiorę go na obiad do jego ulubionej restauracji, to powinno go
nieco ugłaskać.
Myślałam
o Niebieskiej Koszuli, wspomnienie jego uśmiechu znalazło kawałek
miejsca w mojej głowie i często przypominało o swojej obecności.
Ono nie powinno nic dla mnie znaczyć, bo byłam tylko jedną z wielu
dziewczyn, z którą tańczył. Może i nie widziałam tego, ale
podejrzewam, a nawet jestem pewna, że mam rację. Taką myślą
próbowałam niwelować tę o uśmiechu. Bo przecież uśmiechał się
pięknie i patrzeć też pewnie potrafi pięknie.
Walerio,
jesteś niepoważna.
- Alka,
jestem niepoważna! - ryknęłam do słuchawki.
- Co w
tym odkrywczego?
Naprawdę
jestem niepoważna? Myślałam, że tylko teraz – kiedy rozmyślam
o Niebieskiej Koszuli.
I
dlaczego wciąż nazywam go Niebieską Koszulą, skoro wiem, że ma
na imię Olieg.
- Jesteś
tam? - usłyszałam ponaglający głos Alicji. - Żyjesz?
- Żyję,
żyję. Jutro popołudniu idziemy na mecz – ogłosiłam uroczyście.
- Na
jaki mecz? Akurat jutro? Jutro mam paznokcie!
- To
przesuń na inny dzień albo spróbuj zrobić je rano –
westchnęłam. - Alka, proszę cię.
- Kibic
się znalazł – warknęła, ale już wiedziałam, że pójdziemy
tam razem.- Czego to mecz?
- Jak
to czego? Siatkówki!
- W
dupie ci się poprzewracało na starość.
Może
i trochę mi się poprzewracało, ale z pewnością nie na starość.
Nie mam żadnego kryzysu, po prostu obudziłam w sobie nową pasję.
To źle? W końcu sport to zdrowie. Zdrowo jest oglądać zdrowe
ciała, prawda?
Alka
miała pięknie pomalowane paznokcie i wyglądała na zadowoloną.
Uśmiechnęłam się więc miło i stwierdziłam, że któryś z tych
ładnych panów z parkietu z pewnością zwróci na nią uwagę.
- I co
z tego? To sportowcy, ich prawie nigdy nie ma w domu. W życiu bym
się z żadnym nie spotkała.
Aha.
O
tym nie pomyślałam.
Walerio,
opanuj się, nie przyszłaś tutaj szukać męża!
Przyjemnie
było na niego patrzeć mimo tego, że wyglądał zupełnie inaczej,
niż wtedy w klubie. Tam emanował z niego totalny spokój i coś w
rodzaju delikatności – tutaj był wulkanem energii, pełen pasji i
mocy. To wszystko składało się na jego atrakcyjność, intrygował
mnie.
Niewiele
pamiętam z tego meczu – wiem tyle, że Resovia wygrała, nastąpił
dziki szał i ogromna cieszynka na trybunach. Alicja przyglądała
się temu nieco ze skwaszoną miną, ale na koniec sama dołączyła
do radosnych okrzyków.
Z
torebki wyjęłam brulion oraz gruby marker.
- I
niby chcesz się pchać w tę dzieciarnię? - prychnęła.
- Jaką
dzieciarnię? Stoją tam osoby w różnym wieku, więc nie
przesadzaj. Idziesz ze mną?
- Idę,
ale poczekam z boku.
Doprawdy,
starzejesz się, Alicjo.
Kiedy
w końcu przyszła moja kolej, podsunęłam mu swój brulion i
czekałam aż w końcu podniesie wzrok. Był jednak tak zajęty
podpisywaniem, że chyba nie miał zamiaru tego zrobić.
- Dla
kogo? - zapytał.
- Dla
Walerii – odparłam.
Wtedy
dopiero przerzucił swój wzrok na mnie.
- Cześć
– powiedziałam i uśmiechnęłam się ładnie. - Waleria przez wu.
- Mogę
zdjęcie? - zapytała dziewczyna, która stała obok mnie.
To
chyba trochę niegrzecznie wtrącać się kiedy ludzie rozmawiają.
Ale może my wcale nie rozmawialiśmy? Tylko jak to w takim razie
nazwać?
- Tak
– odparł i uśmiechnął się do aparatu.
Zabrałam
zeszyt z jego ręki i postanowiłam odejść, bo przecież kolejne
trzy piękne damy czekały na wspólną sesję.
Nie
lubię nastolatek.
- I
jak tam, masz autograf?
- Mam
– warknęłam i spojrzałam na zapisaną kartkę. - Ale z błędem.
Zapomniał o jeszcze jednym „i”.
- Zgłoś
reklamację – Alicja ryknęła śmiechem, jakby właśnie
opowiedziała niesamowity dowcip.
Ze
złością popatrzyłam na wianuszek dziewcząt tulących się do
Oliega. To było bardzo niesprawiedliwe, że takie gówniary
bezkarnie go obmacywały, a ja miałam autograf z błędem
ortograficznym!
Warknęłam
pod nosem, spojrzałam na zapisaną kartkę, potem znowu na koło
adoracji i zanim Alicja zdołała mnie powstrzymać, ruszyłam hardym
krokiem.
- Przepraszam
bardzo! - powiedziałam głośno, przepychając się przez tłum
dziewcząt. Nie spotkałam żadnego przyjaznego spojrzenia, bo
takiego również nie posyłałam.
- Jest
kolejka! - poinformowała mnie nadgorliwa fanka, której wbiłam
sztylet w czoło. Wzrokiem, oczywiście.
- Wróciłam
tylko po „i”!
Myślę,
że po tym oświadczeniu wszyscy uznali mnie za wariatkę. Olieg
przeprosił na moment dziewczyny, a ja w tym momencie poczułam się
idiotycznie. Obróciłam się i zobaczyłam płacząca ze śmiechu
Alicję.
Chyba
mam kryzys, starzeję się.
- Dopisz
mi tylko „i”. Mogłabym sama to robić, ale drażniłoby mnie to
wizualnie – powiedziałam od razu.
- Przepraszam,
mój polski nie jest jeszcze perfekcyjny.
- Niewielu
Polaków mówi perfekcyjnie, więc nie masz się czym przejmować –
wzruszyłam ramionami, próbując bagatelizować sprawę. - Dziękuję
– powiedziałam odbierając brulion. Przez trzy długie sekundy
patrzyłam na niego, a potem uśmiechnęłam się lekko i wróciłam
do zapłakanej Alicji, która wycierała mokre policzki.
Olieg
miał piękne oczy, takie same jak wtedy, gdy zobaczyłam go po raz
pierwszy. Szybko jednak poczułam się zwyczajnie głupio, bo
przecież nie mam już nastu lat, by snuć jakieś senne marzenia o
obcym mężczyźnie. Może nie był już wcale taki obcy? Był
bardziej obcy niż za pierwszym razem.
***
Dziękuję, bardzo mi przemiło, żeście się odezwały.
Fajnie, jak ktoś jest.