5 czerwca 2013

Rozdział III

        Z Niebieską Koszulą zatańczyłam dwa utwory, a potem zniknął niczym Kopciuszek na balu. Z tą różnicą, że nie zgubił buta, a porwany został przez swoich znajomych – nie przez północ, którą i tak mieliśmy za sobą. Po tym, jak krótko mi podziękował i uśmiechnął się pięknie, stałam na parkiecie kilka długich sekund, gapiąc się przed siebie.
         Tak zakończyła się nasza przygoda.
         Czasami mam wrażenie, że żyję tylko w swojej rzeczywistości, a reszta świata dzieje się obok mnie. To poczucie kompletnej odrębności, grubej krechy, która oddziela mnie od tego wszystkiego.
Prościej mówiąc: jestem najmniej poinformowaną osobą w mieście. No, przynajmniej w niektórych tematach.
       Wybrałam numer Alicji, ale ona nie odbierała. Chciałam się z kimś podzielić moimi myślami. Spojrzałam na zegarek – była prawie dwudziesta druga, więc nie zamierzałam niepokoić mamy.
      Marek. Marka zawsze uważałam za jedynego rozsądnego kandydata na mojego męża. Drugiego męża. Tyle, że nie zamierzałam przez najbliższe lata wychodzić za mąż, a poza tym on musiałby mnie choć trochę kochać. Albo żebym go chociaż pociągała jako kobieta.
- Marek! - krzyknęłam do słuchawki.
- W którym jesteś szpitalu? - zapytał ziewając.
        Jakim znowu szpitalu?
- Jestem w domu – odparłam. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Zamieniam się w wielkie ucho.
    Roześmiałam się z dwóch powodów: pierwszym był Marek, a drugim moje myśli, które nagle podpowiedziały mi, że zachowuję się niczym nastolatka, która zobaczyła swojego idola i nie potrafi opanować emocji. Głos Marka, jego spokój i rzeczowość udzieliły mi się i sprawiły, że poczułam ulgę.
- Właściwie to już nic – powiedziałam ze śmiechem. - Co robisz?
- Oglądam mecz, ale jest tak beznadziejny, że chyba przełączę na badziewną komedię. Powiesz mi po co dzwonisz?
- Mogę z tobą pooglądać badziewną komedię?
- Jasne.
       Rzuciłam krótkie „dzięki”, ubrałam się, a pięć minut później byłam już u Marka. Miałam to szczęście, że mieszkał w bloku obok.
       Dobrze wiedzieć, że nie jest się samemu na świecie.

      Niebieska koszula chodziła mi po głowie przez kolejne trzy dni. Czwartego zaś praca się lekko posypała i nie miałam czasu, by myśleć. Piątek dnia odwiedziła mnie Alicja z winem, więc logicznym było, że myśleć nie było po co. Szóstego dnia była znowu praca, a siódmego Mateusz czekał na mnie z bukietem róż.
- Yyy – zaczęłam cała zaskoczona, jeszcze nie wściekła – wkurzona byłam dopiero po chwili, kiedy zrozumiałam, że on chce wejść w moje życie. Nie lubię jak mi ktoś wchodzi w życie.
- Masz zepsuty telefon? - zapytał, wyłaniając się zza róż.
        Róże są tandetne. Wcale nie romantyczne. One wyrażają kompletne NIC.
- Nie? - spojrzałam na niego już lekko podminowana.
- Nie odbierałaś, nie odpisywałaś, więc pomyślałem, że może masz awarię.
       „Masz awarię”? Mam tylko lekkie spięcie.
- Widocznie nie wziąłeś jeszcze jednej opcji pod uwagę – powiedziałam. - I skąd wiesz, gdzie pracuję?
- Popytałem – odparł szczerze. - Proszę – wręczył mi bukiet róż, który musiał sporo kosztować. To mnie tylko rozsierdziło.
- Mam alergię na róże – powiedziałam. - Spieszę się.
       Zdawałam sobie sprawę, że to nie było najlepsze rozwiązanie sytuacji, ale wolałam nie udawać przez kolejny godziny, że świetnie się bawię i planuję z nim przyszłość. To typ faceta, który nie rozumie, że wszystko ma swój czas i miejsce, a tym bardziej nie potrafi czytać z zachowania partnerki.
- Kochanie, czekałam na ciebie! - zawołałam w stronę Marka, który wyszedł właśnie z firmy. On oczywiście nie ma zielonego pojęcia o grze aktorskiej, więc zrobił zdziwioną minę, a brwi osiągnęły apogeum uniesienia.
       Lewo powstrzymałam się, by nie klapnąć sobie samej w czoło.
    Marek podszedł do nas, spojrzał na mnie morderczo po czym uśmiechnął się od ucha do ucha i przedstawił się Mateuszowi.
- Piękne róże – rzucił.
- Waleria ma alergię, nie wiedziałem – odparł tylko.
- Masz alergię? - Marek zapomniał, że jest moim chłopakiem, który wie o mnie dosłownie wszystko: łącznie z tym, że przecież mam alergię. - No tak! - zreflektował się po moim spojrzeniu.
        Musiałam ratować sytuację.
- Kochanie, poczekaj na mnie w samochodzie, chcę jeszcze zamienić słówko z Mateuszem – powiedziałam przymilnie.
       Marek posłał mi kolejne mordercze spojrzenie, choć chyba mu ulżyło.
- Słuchaj, przepraszam, że tak wyszło – powiedziałam. - Jestem zajęta, więc nie możemy się już spotykać – skłamałam.
       Naprawdę nie chciałam być okrutna.
- Zauważyłem.
- Głupio wyszło, ale... W sumie głupio i tyle. To cześć – uśmiechnęłam się zakłopotana.
       Może to nie była popisowa akcja oddalenia zalotów, ale nic innego nie przyszło mi do głowy.
       Teraz jeszcze muszę przeżyć wrzask Marka.
       A krzyczeć będzie na pewno.
       Zabiorę go na obiad do jego ulubionej restauracji, to powinno go nieco ugłaskać.

      Myślałam o Niebieskiej Koszuli, wspomnienie jego uśmiechu znalazło kawałek miejsca w mojej głowie i często przypominało o swojej obecności. Ono nie powinno nic dla mnie znaczyć, bo byłam tylko jedną z wielu dziewczyn, z którą tańczył. Może i nie widziałam tego, ale podejrzewam, a nawet jestem pewna, że mam rację. Taką myślą próbowałam niwelować tę o uśmiechu. Bo przecież uśmiechał się pięknie i patrzeć też pewnie potrafi pięknie.
      Walerio, jesteś niepoważna.
- Alka, jestem niepoważna! - ryknęłam do słuchawki.
- Co w tym odkrywczego?
      Naprawdę jestem niepoważna? Myślałam, że tylko teraz – kiedy rozmyślam o Niebieskiej Koszuli.
      I dlaczego wciąż nazywam go Niebieską Koszulą, skoro wiem, że ma na imię Olieg.
- Jesteś tam? - usłyszałam ponaglający głos Alicji. - Żyjesz?
- Żyję, żyję. Jutro popołudniu idziemy na mecz – ogłosiłam uroczyście.
- Na jaki mecz? Akurat jutro? Jutro mam paznokcie!
- To przesuń na inny dzień albo spróbuj zrobić je rano – westchnęłam. - Alka, proszę cię.
- Kibic się znalazł – warknęła, ale już wiedziałam, że pójdziemy tam razem.- Czego to mecz?
- Jak to czego? Siatkówki!
- W dupie ci się poprzewracało na starość.
       Może i trochę mi się poprzewracało, ale z pewnością nie na starość. Nie mam żadnego kryzysu, po prostu obudziłam w sobie nową pasję. To źle? W końcu sport to zdrowie. Zdrowo jest oglądać zdrowe ciała, prawda?
      Alka miała pięknie pomalowane paznokcie i wyglądała na zadowoloną. Uśmiechnęłam się więc miło i stwierdziłam, że któryś z tych ładnych panów z parkietu z pewnością zwróci na nią uwagę.
- I co z tego? To sportowcy, ich prawie nigdy nie ma w domu. W życiu bym się z żadnym nie spotkała.
      Aha.
      O tym nie pomyślałam.
      Walerio, opanuj się, nie przyszłaś tutaj szukać męża!
    Przyjemnie było na niego patrzeć mimo tego, że wyglądał zupełnie inaczej, niż wtedy w klubie. Tam emanował z niego totalny spokój i coś w rodzaju delikatności – tutaj był wulkanem energii, pełen pasji i mocy. To wszystko składało się na jego atrakcyjność, intrygował mnie.
     Niewiele pamiętam z tego meczu – wiem tyle, że Resovia wygrała, nastąpił dziki szał i ogromna cieszynka na trybunach. Alicja przyglądała się temu nieco ze skwaszoną miną, ale na koniec sama dołączyła do radosnych okrzyków.
      Z torebki wyjęłam brulion oraz gruby marker.
- I niby chcesz się pchać w tę dzieciarnię? - prychnęła.
- Jaką dzieciarnię? Stoją tam osoby w różnym wieku, więc nie przesadzaj. Idziesz ze mną?
- Idę, ale poczekam z boku.
      Doprawdy, starzejesz się, Alicjo.
    Kiedy w końcu przyszła moja kolej, podsunęłam mu swój brulion i czekałam aż w końcu podniesie wzrok. Był jednak tak zajęty podpisywaniem, że chyba nie miał zamiaru tego zrobić.
- Dla kogo? - zapytał.
- Dla Walerii – odparłam.
      Wtedy dopiero przerzucił swój wzrok na mnie.
- Cześć – powiedziałam i uśmiechnęłam się ładnie. - Waleria przez wu.
- Mogę zdjęcie? - zapytała dziewczyna, która stała obok mnie.
    To chyba trochę niegrzecznie wtrącać się kiedy ludzie rozmawiają. Ale może my wcale nie rozmawialiśmy? Tylko jak to w takim razie nazwać?
- Tak – odparł i uśmiechnął się do aparatu.
      Zabrałam zeszyt z jego ręki i postanowiłam odejść, bo przecież kolejne trzy piękne damy czekały na wspólną sesję.
        Nie lubię nastolatek.
- I jak tam, masz autograf?
- Mam – warknęłam i spojrzałam na zapisaną kartkę. - Ale z błędem. Zapomniał o jeszcze jednym „i”.
- Zgłoś reklamację – Alicja ryknęła śmiechem, jakby właśnie opowiedziała niesamowity dowcip.
      Ze złością popatrzyłam na wianuszek dziewcząt tulących się do Oliega. To było bardzo niesprawiedliwe, że takie gówniary bezkarnie go obmacywały, a ja miałam autograf z błędem ortograficznym!
    Warknęłam pod nosem, spojrzałam na zapisaną kartkę, potem znowu na koło adoracji i zanim Alicja zdołała mnie powstrzymać, ruszyłam hardym krokiem.
- Przepraszam bardzo! - powiedziałam głośno, przepychając się przez tłum dziewcząt. Nie spotkałam żadnego przyjaznego spojrzenia, bo takiego również nie posyłałam.
- Jest kolejka! - poinformowała mnie nadgorliwa fanka, której wbiłam sztylet w czoło. Wzrokiem, oczywiście.
- Wróciłam tylko po „i”!
     Myślę, że po tym oświadczeniu wszyscy uznali mnie za wariatkę. Olieg przeprosił na moment dziewczyny, a ja w tym momencie poczułam się idiotycznie. Obróciłam się i zobaczyłam płacząca ze śmiechu Alicję.
         Chyba mam kryzys, starzeję się.
- Dopisz mi tylko „i”. Mogłabym sama to robić, ale drażniłoby mnie to wizualnie – powiedziałam od razu.
- Przepraszam, mój polski nie jest jeszcze perfekcyjny.
- Niewielu Polaków mówi perfekcyjnie, więc nie masz się czym przejmować – wzruszyłam ramionami, próbując bagatelizować sprawę. - Dziękuję – powiedziałam odbierając brulion. Przez trzy długie sekundy patrzyłam na niego, a potem uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do zapłakanej Alicji, która wycierała mokre policzki.

      Olieg miał piękne oczy, takie same jak wtedy, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Szybko jednak poczułam się zwyczajnie głupio, bo przecież nie mam już nastu lat, by snuć jakieś senne marzenia o obcym mężczyźnie. Może nie był już wcale taki obcy? Był bardziej obcy niż za pierwszym razem.  

                                                                            ***
                                            Dziękuję, bardzo mi przemiło, żeście się odezwały. 
                                                                Fajnie, jak ktoś jest.

12 maja 2013

Rozdział II




      Poniedziałek zaczęłam jak zwykle od kawy z naszego biurowego ekspresu. Plus spienione mleko, oczywiście. Uwielbiałam ten zapach, który rozchodził się po całym pomieszczeniu, kiedy zasiadałam za biurkiem i uśmiechałam się do sufitu. Sufit był zwykły, wyglądał tak, jak w każdym innym biurze, ale patrzenie na niego przynosiło mi ulgę. Może krew mi lepiej przepływała, kiedy odchylałam głowę?
- Jak weekendowe szaleństwo?
      Marek rzadko kiedy mówił na powitanie jakiekolwiek standardowe słowa, bo najczęściej rzucał pytaniami.
- Dobrze – odparłam krótko i zrobiłam łyk kawy.
        Ten ekspres działa cuda.
- Nie umierasz? - spojrzał na mnie z zaczepnym uśmiechem, bo jakieś trzy tygodnie temu byłam lekko niedysponowana po weekendzie z Alicją. Do tej pory wypomina mi moją zieloną twarz.
- Nie, zrobić ci kawę? - wyszłam zza biurka, przy okazji pociągając go za krawat.
       Nie lubił tego, więc zmarszczył czoło.
- I jaka pomocna. Coś się stało?
- Chcę ci zrobić kawę, to coś znaczy? - popatrzyłam zainteresowana jego ciekawością i mylnymi wnioskami.
- To chyba znaczy, że kogoś poznałaś.
- Marek – westchnęłam - codziennie kogoś poznaję.
        Podstawiłam filiżankę i wcisnęłam guzik startu.
- Ale nie codziennie proponujesz, że zrobisz mi kawę.
- Bo zwykle jesteś przede mną?
        Pik-pik. Kawa gotowa.
       Marek zaśmiał się cicho i uznałam, że to już koniec tego tematu. Przez miniony weekend poznałam tylu ludzi, że nawet nie pamiętam dokładnie ich imion.
       Około dwunastej moją wiedzę postanowił zmienić nieco niejaki Mateusz.
- Czekam na ciebie wieczorem w „Akwarium” - powiedziałam na głos.
- Zapraszasz mnie na drinka? - Marek uniósł głowę znad kartek.
- Nie, jakiś Mateusz mnie zaprasza. Znam jakiegoś Mateusza? - zrobiłam głupią minę, próbują się zastanowić.
- Znasz masę ludzi, w tym z tuzin Mateuszów – mruknął, wracając do pracy.
- Racja, ale tego nie znam. I nie poznam go, bo wybór „Akwarium” jest co najmniej kiepski.

       Alicja podrzucała jedną z moich poduszek, które ozdabiały narożnik. Kiedy próbowałam się dowiedzieć co takiego się stało, odpowiadała krótkie nic. Dlatego byłam pewna, że jednak coś się wydarzyło. Z pewnością miała jakichś problem, a moja była w tym głowa, ażeby się dowiedzieć.
- Dostałam wiadomość od jakiegoś Mateusza.
- Którego?
- Przecież mówię „jakiegoś”. To pewnie któryś z tych facetów z soboty. Kojarzysz może?
         Alicja przestała podrzucać poduszkę i spojrzała na mnie intensywnie. Oj, bardzo.
- Nie, żadnego Mateusza – powiedziała w końcu.
- A ten młody, jak miał na imię? - ruszyłam do ataku.
- Piotr – odparła szybko, nieco podniesionym głosem, a potem jeszcze szybciej zamknęła usta, a jej oczy zrobiły się większe niż pięć złotych.
        Bingo.
- I co z tym Piotrem?
- Jezu, Waleria, on mógłby być moim synem! Synem!
       Synem? Jej synem? To ile on ma lat? Dziesięć?
       Spojrzałam na nią pytająco.
- On mnie okłamał! - wrzasnęła nagle i cisnęła niewinną poduszką w kąt narożnika. Posłałam jej (poduszce) współczujące spojrzenie. - Ten, ten chłystek! Ty wiesz ile on ma lat?!
- Około dwudziestu jeden? - spytałam niepewnie.
- Szesnaście! Jeden sześć! Rocznik konstytucji!
       Spojrzałam na nią, jak na wariatkę? Skąd ona to porównanie do konstytucji wzięła? Musiało nią nieźle trzasnąć.
- Słuchaj, nie może mieć szesnastu lat, bo w tym klubie sprawdzają dowody. Poniżej osiemnastki nie wejdziesz. Chyba, że ma jakieś znajomości albo podrobione papiery – dodałam, choć powinnam była ugryźć się w język.
- I w dodatku kryminalista! - Alicja krzyczała coraz bardziej. Podniosła się z narożnika i machała rękoma. Bałam się, że zrobi komuś krzywdę. - Oszust i kryminalista! I mógłby być moim synem!
- Alka, jaki syn? Musiałabyś mieć dwanaście lat.
- Mało mamy teraz patologii?! Ja też mogłam być patologią!
     No, to pięknie. Nie dość, że przeleciała gówniarza, to jeszcze ma do niego słabość.
     Może jednak umówię się z tym Mateuszem?
    Wystukałam pospieszne wiadomość i wysłałam do niejakiego Mateusza. Po chwili otrzymałam informację zwrotną – jutro o piętnastej, w restauracji. Obiad. Może jednak nie jest taki zły?
     Nie rozpoznałam go, to on ruszył w moim kierunku i już byłam pewna, że: po pierwsze nic z tego nie będzie, a po drugie: z pewnością nie dałam mu swojego numeru. Chłopaka widziałam pierwszy raz w życiu. I ostatni, postanowiłam.
- Może nie powinnam tak od razu, ale chyba musimy wyjaśnić sobie pewną kwestię – zaczęłam, zaraz po tym jak usiadłam przy stoliku.
       Pomyślałam, że nieładnie będzie tak po prostu wyjść.
- Zatem... Skąd masz mój numer? - zapytałam.
- Twoja koleżanka mi podała – odparł z rozbrajającą szczerością.
      Alicjo, nie żyjesz. Właśnie złamała jedną z podstawowych zasad imprezowania: nie podajemy nawzajem swoich numerów. To grzech. I dlaczego jemu?!
- Ach, no tak – wzruszyłam ramionami. - Dlatego cię nie kojarzę. Poproszę kurczaka z warzywami i wino – zwróciłam się od razu do kelnera.
      W głowie obmyślałam plan ukarania Alicji lub przynajmniej poważną reprymendę.
- Mam dla ciebie niespodziankę – powiedział Mateusz.
      Nie, nie zostanę twoją żoną. Nie spędzę z tobą najbliższego weekendu. Nie, nie, nie.
- Niespodziankę? - zapytałam słabo. - Ale przecież nie ma takiej potrzeby...
- Już kupiłem. I nie możesz odmówić, bo idziemy tam zaraz po obiedzie – odparł zadowolony.
       Strach było pytać o co chodzi.
- Tam?
- Zobaczysz.
       Super. Romantyk – niespodziankowicz. Czy jeśli sobie przypomnę, że zostawiłam żelazko na gazie, to mi uwierzy?
       Nie będę narzekać na obiad – był smaczny. Mateusz był naprawdę miły, ale nic, kompletnie nic mnie w nim nie intrygowało.
      Próba wykręcenia się z „niespodzianki” także nie zadziałała. Pozostało mi wsiąść do taksówki i ujrzeć to, co czego widzieć zapewne nie chciałam.
        Hala Podpromie?
- No, chodź, zanim będą kolejki – Mateusz pociągnął mnie za rękę. Prawie sobie zęby wybiłam, ale co za różnica skoro w niego wstąpił jakiś nowy duch.
       Mecz? Idziemy na mecz? To jest ta cała niespodzianka?
       Dzięki Bogu!
      Tylko co za sens wchodzić na pustą halę? Może to jednak nie mecz?! Waleria, myśl, myśl, myśl!
- Mateusz, ale co to wszystko ma znaczyć? - zapytałam, zatrzymując się w szerokim korytarzu.
- Zdaję sobie, że to trochę niekonwencjonalna pierwsza randka, ale pomyślałem, że miło spędzimy czas.
       Randka?
    Mam alergię na słowo „randka” zwłaszcza z mężczyznami, którzy kompletnie nie są w moim guście. Mateusz, oprócz tego, że jest miły i dla wielu kobiet z pewnością przystojny, nie porusza we mnie kompletnie nic. Może odrobinę strunę strachu, bo takie wycieczki i szumne zapowiedzi działają na mnie stanowczo odstraszająco.
     Moje skołatane nerwy ukoił dopiero widok kilkunastu ludzi na trybunach, muzyka z głośników, coraz większy tłum i świadomość, że na szczęście czas płynie cały czas do przodu. Zajęłam się więc małą butelką wody, który uczynnie dostarczył mi Mateusz i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń – to znaczy z całych sił pragnęłam, by mecz jak najszybciej dobrnął do końca, a ja mogłaby nareszcie wrócić do domu.
       Koniec z niepewnymi spotkaniami!
- Na meczę chodzę od zawsze! - krzyczał do mnie Mateusz akurat wtedy, kiedy z głośników płynęła głośna muzyka, a kibice wydobywali z gardeł okrzyki. Na cześć wychodzących zawodników, którzy zaczęli rozgrzewkę.
- Aha! - odkrzyknęłam elokwentnie.
      Nie jestem niemiła, naprawdę. Tylko to wszystko nieco za długo trwa.
     Nie wiedziałam, że w połowie meczu doznam olśnienia. A raczej zderzę się ze ścianą. Chociaż... Nie, to jeszcze nie była ściana. Miękkie drzwi.
- Mateusz! - pociągnęła go za rękę. - Kim jest ten z siódemką?
- To nasz kapitan? - spojrzał na mnie co najmniej jakbym dopuściła się grzechu ciężkiego nie znając rzeszowskiej drużyny.
      Heloł, nie wszyscy muszą się interesować siatkówką!
      Wolałam nie pytań o nazwisko, bo gotów mnie zadźgać wzrokiem.
     Wrażenie, że pana z siódemką znam potęgowała każda minuta. Pod koniec meczu stwierdziłam jednak, że to niemożliwe i moje odczucia spowodowane są dniem pełnym wrażeń. Dopiłam resztę wody, a potem jak najgrzeczniej umiałam, podziękowałam Mateuszowi za popołudnie i wieczór. Jeszcze szybciej dorwałam taksówkę i wróciłam do domu, w którym odetchnęłam z ulgą.
       Jedna sprawa nie dawała mi spokoju.
      Otworzyłam laptopa i weszłam na stronę rzeszowskiego klubu, potem wybrałam zakładkę „Drużyna” i prawie padłam na zawał.
        Niebieska koszula odnaleziona.

***
Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście były. 




2 maja 2013

Rozdział I


     Jeden krok. Drugi krok. Trzeci...
   Alicja sprawiła, że na nowo odkryłam tę przyjemniejszą część życia – zaczęłam bywać. Wszędzie. Z każdym. Codziennie.
- Przez ostatnie kilka lat byłam pewna, że jestem na to już za stara – powiedziałam ze śmiechem, kiedy usiadłyśmy w klubowej loży. - Jezu, chyba odmłodniałam!
- Nowe życie, jeszcze się nie przyzwyczaiłaś? - zapytała, choć miałam wrażenie, że bardziej interesował ją drink, bo obserwowała go nader skwapliwie.
- Z każdym dniem coraz bardziej. Alka, jest CUU-DOO-WNIEE!
     Tak wyglądały nasze weekendy, które były przeplatane klubami, pubami, spontanicznymi wyjazdami, bo rzadko spędzałam samotne wieczory. Byłam wszędzie tam, gdzie do tej pory być nie mogłam lub nie chciałam, bo nie wiedziałam, że wypada. Mój zakrzywiony obraz rzeczywistości, mnie samej, wreszcie wrócił na odpowiedni tor. Parłam do przodu z niesamowitą prędkością, bez chwili refleksji nad tym dokąd to prowadzi. Mama powiedziała mi trzy tygodnie temu, że w końcu uderzę w jakąś ścianę, gruby mur. Zapytałam wtedy o co jej chodzi, ale ona tylko pokręciła głową. Oznajmiłam jej: Jestem wreszcie szczęśliwa. Nie chcesz bym była? Odparła mi, że za jakiś czas zrozumiem.
    Zanurzyłam usta w kolorowym drinku, zdradliwym, ale tak dobrym, że nie mogłam się oprzeć. Przymknęłam na chwilę oczy, tętniła we mnie muzyka, a po ciele wędrowały światła. Czułam się odprężona i gotowa na więcej.
- Ten w niebieskiej koszuli, gapi się na ciebie! - Alicja wrzasnęła tak głośno, że musiał ją usłyszeć cały klub.        
     To oczywiście niemożliwe, bo muzyka zagłuszała najmniejsza nawet myśl, ale przez moment tak pomyślałam. Kiedy Alka odsunęła się ode mnie, po kilku chwilach, zerknęłam w prawo, bo tam rzekomo stał tenże jegomość.
         Nie patrzył na mnie, był zajęty rozmową ze znajomymi i chyba świetnie się bawił, bo szeroki uśmiech nie schodził mu z ust.
          Był niezaprzeczalnie przystojny.
        Zerknęłam w jego stronę jeszcze raz, ale wciąż patrzył tylko w jednym kierunku. Alicja pociągnęła mnie głębiej w tłum i tym samym rozpłynął się za dziesiątkami ciał.
       Znowu lubiłam się bawić, a raczej – znowu mogłam to robić bez poczucia winy czy niesmaku. Wszystko było tak, jak wtedy, kiedy miałam dziewiętnaście lat i cały świat stał przede mną otworem. Cudownie było czuć tę lekkość!
       Noc to gonitwa – od baru, na parkiet, do toalety, na parkiet, do baru... Lubię ją. Lubię zamawiać taksówkę i jechać nią przez miasto, aż do mojego pięknego mieszkania, mówić Alicji, żeby została, bo przecież jest wolne miejsce, a ona wtedy nie odmawia. Lubię wstać rano, wcześniej niż powinnam i zrobić masę rzeczy, a potem pobiec do pracy i zdążyć w ostatniej minucie opaść w fotel. Lubię tę kawę z ekspresu, którą piję przez cały dzień, lubię Marka, bo przecież nie ma lepszego mężczyzny na świecie i gdyby on mnie kochał, to ja też mogłabym go pokochać. Teraz już lubię wszystko, co jest wokół mnie.
       Uśmiechnęłam się sama do siebie i wtedy dopiero wróciłam na ziemię. Alicja tańczyła obok mnie z jakimś chłopakiem, miał może nieco ponad dwadzieścia lat. Uśmiechnęłam się jeszcze raz i postawiłam usiąść.
- Przepraszam – usłyszałam, kiedy wpadłam na mężczyznę.
        W niebieskiej koszuli.
        Pod kolor koszuli dobrał również swoje oczy.
        Uśmiechnęłam się do niego szeroko, troszkę zbyt entuzjastycznie.
- To ja przepraszam – odkrzyknęłam, by mógł mnie usłyszeć.
Jeszcze raz tylko zerknęłam w stronę jego oczu, by zapamiętać to spojrzenie, a potem minęłam go i dobrnęłam do baru.
- Colę z lodem – zamówiłam i wspięłam się na wysokie krzesło, które było wyjątkowo puste. Odwróciłam się na nim w stronę parkietu i dostrzegłam Alicję z tym samym chłopakiem, teraz w nieco bliższym kontakcie.
         Sączyłam napój przez różową słomkę i czułam się niesamowicie dobrze. Jeszcze lepiej, niż chwilę temu. Poszukałam wzrokiem mężczyzny w niebieskiej koszuli. Lewa strona – nic, środek – nic, prawa strona... Niebieskooki szedł w stronę baru. Rozglądał się, więc domyśliłam się, że szukał znajomych. Z tego baru był dobry widok na salę.
       Odsunęłam słomkę i jeszcze raz na niego spojrzałam – był doskonały. Przygryzłam dolną wargę. Czułam, że wcześniej za dużo wypiłam, ale nie byłam już taka pijana, mój umysł robił się trzeźwy. Niebieskooki musiał być naprawdę przystojny. I to jego przepraszam było niezwykle pociągające. Zupełnie inne.
         Niebieskooki zbliżył się do mnie, a potem nagle był tuż obok – pomiędzy mną, a krzesłem nieopodal. Odwróciłam się w jego stronę. Słyszałam, że zamówił jakiegoś drinka, którego nazwy raczej nie powtórzę.
Odwrócił głowę w moją stronę i znowu się uśmiechnął. Odwzajemniłam ten gest i przekręciłam się w stronę baru. Sączyłam powoli colę i próbowałam na niego nie patrzeć, choć czułam, że nadal jest obok, że tego drinka pije ze mną.
- Jak się bawisz? - usłyszałam.
         To pytanie było niezaprzeczalnie skierowane do mnie.
- Z każdą minutą coraz lepiej – odparłam, odwracając się do niego.
         Był naprawdę wysoki i... piękny. I naprawdę nie potrafiłam powstrzymać tych myśli.
- Waleria – wyciągnęłam rękę.
        W końcu mamy równouprawnienie, prawda? Kobiety nie muszą już czekać aż dżentelmen ruszy w jej kierunku i wyzna dozgonną miłość.
         Istnieje coś takiego, jak dozgonna miłość?
- Alek - uścisnął moją dłoń. - To ja wpadłem na ciebie, czy ty na mnie?
- Która wersja jest lepsza?
- Ten, kto wpadł stawia drinka – zaśmiał się dźwięcznie.
- Ja już dzisiaj nie piję, więc niech będzie druga wersja.
- To chyba musimy wymyślić coś innego, bo to już mój ostatni – wskazał na kolorową szklankę. - To ja jestem większy, więc większa też ze mnie niezdara – zatem, to ja wpadłem.
- Mogę teraz wybrać rekompensatę, tak?
        Skinął głową, ale jakby się zawahał. Czyżby przeraziła go moja osoba? A może tylko mi się coś wydaje?
- W takim razie dopij drinka i zaproś mnie na parkiet – powiedziałam i spojrzałam w jego oczy tak głęboko, że nadałam tym kilku słowom o wiele większe znaczenie.
        Przesadziłam. Na pewno, przesadziłam. Chyba powinnam wyjść na świeże powietrze zanim się do niego zbliżę. Muszę wyjść i wytrzeźwieć całkowicie.
           Albo nie. Bo jeszcze mi ucieknie.  

***

Miałam się pojawić dopiero wtedy, kiedy będę sklejona. Może wtedy to wszystko byłoby lepsze, ale... Potrzebuję choćby taśmy, by jeszcze być, więc jestem, bo tutaj mi bliżej do tego, co dobre, co klei. 
Naprawdę potrzebuję Was. 

11 kwietnia 2013

Wstęp



      Czasami w życiu nagle wszystko zmienia kolor, zmienia wartość, zmienia pozycje na twojej liście „must have” i nie masz już nic innego do powiedzenia, jak tylko pokorna zgoda.
     Moje życie zmieniło kolor, kiedy się rozwiodłam – nabrało żywych barw, soczystości. Wreszcie po pięciu latach bycia obok wszystkiego, zaczęłam oddychać i być w sobie. Nie zgodziłam się na tę zmianę pokornie lecz z podniesioną głową, mocno stąpając po ziemi, nareszcie pewnie. Zaczęłam lubić swoje życie, na nowo je smakować.  

***

Coś zupełnie innego. Z nadzieją, że będzie ambitne. 
Gdyby ktoś chciał się pobawić szablonem, to zapraszam. 
Aktualnie jestem na:
http://aurelistyczna.blog.pl/
http://sun.blog.onet.pl/
http://www.wywiader.pl/monilla