Poniedziałek
zaczęłam jak zwykle od kawy z naszego biurowego ekspresu. Plus
spienione mleko, oczywiście. Uwielbiałam ten zapach, który
rozchodził się po całym pomieszczeniu, kiedy zasiadałam za
biurkiem i uśmiechałam się do sufitu. Sufit był zwykły, wyglądał
tak, jak w każdym innym biurze, ale patrzenie na niego przynosiło
mi ulgę. Może krew mi lepiej przepływała, kiedy odchylałam
głowę?
- Jak
weekendowe szaleństwo?
Marek
rzadko kiedy mówił na powitanie jakiekolwiek standardowe słowa, bo
najczęściej rzucał pytaniami.
- Dobrze
– odparłam krótko i zrobiłam łyk kawy.
Ten
ekspres działa cuda.
- Nie
umierasz? - spojrzał na mnie z zaczepnym uśmiechem, bo jakieś trzy
tygodnie temu byłam lekko niedysponowana po weekendzie z Alicją. Do
tej pory wypomina mi moją zieloną twarz.
- Nie,
zrobić ci kawę? - wyszłam zza biurka, przy okazji pociągając go
za krawat.
Nie
lubił tego, więc zmarszczył czoło.
- I
jaka pomocna. Coś się stało?
- Chcę
ci zrobić kawę, to coś znaczy? - popatrzyłam zainteresowana jego
ciekawością i mylnymi wnioskami.
- To
chyba znaczy, że kogoś poznałaś.
- Marek
– westchnęłam - codziennie kogoś poznaję.
Podstawiłam
filiżankę i wcisnęłam guzik startu.
- Ale
nie codziennie proponujesz, że zrobisz mi kawę.
- Bo
zwykle jesteś przede mną?
Pik-pik.
Kawa gotowa.
Marek
zaśmiał się cicho i uznałam, że to już koniec tego tematu.
Przez miniony weekend poznałam tylu ludzi, że nawet nie pamiętam
dokładnie ich imion.
Około
dwunastej moją wiedzę postanowił zmienić nieco niejaki Mateusz.
- Czekam
na ciebie wieczorem w „Akwarium” - powiedziałam na głos.
- Zapraszasz
mnie na drinka? - Marek uniósł głowę znad kartek.
- Nie,
jakiś Mateusz mnie zaprasza. Znam jakiegoś Mateusza? - zrobiłam
głupią minę, próbują się zastanowić.
- Znasz
masę ludzi, w tym z tuzin Mateuszów – mruknął, wracając do
pracy.
- Racja,
ale tego nie znam. I nie poznam go, bo wybór „Akwarium” jest co
najmniej kiepski.
Alicja
podrzucała jedną z moich poduszek, które ozdabiały narożnik.
Kiedy próbowałam się dowiedzieć co takiego się stało,
odpowiadała krótkie nic. Dlatego byłam pewna, że jednak
coś się wydarzyło. Z pewnością miała jakichś problem, a moja
była w tym głowa, ażeby się dowiedzieć.
- Dostałam
wiadomość od jakiegoś Mateusza.
- Którego?
- Przecież
mówię „jakiegoś”. To pewnie któryś z tych facetów z soboty.
Kojarzysz może?
Alicja
przestała podrzucać poduszkę i spojrzała na mnie intensywnie. Oj,
bardzo.
- Nie,
żadnego Mateusza – powiedziała w końcu.
- A
ten młody, jak miał na imię? - ruszyłam do ataku.
- Piotr
– odparła szybko, nieco podniesionym głosem, a potem jeszcze
szybciej zamknęła usta, a jej oczy zrobiły się większe niż pięć
złotych.
Bingo.
- I co
z tym Piotrem?
- Jezu,
Waleria, on mógłby być moim synem! Synem!
Synem?
Jej synem? To ile on ma lat? Dziesięć?
Spojrzałam
na nią pytająco.
- On
mnie okłamał! - wrzasnęła nagle i cisnęła niewinną poduszką w
kąt narożnika. Posłałam jej (poduszce) współczujące
spojrzenie. - Ten, ten chłystek! Ty wiesz ile on ma lat?!
- Około
dwudziestu jeden? - spytałam niepewnie.
- Szesnaście!
Jeden sześć! Rocznik konstytucji!
Spojrzałam
na nią, jak na wariatkę? Skąd ona to porównanie do konstytucji
wzięła? Musiało nią nieźle trzasnąć.
- Słuchaj,
nie może mieć szesnastu lat, bo w tym klubie sprawdzają dowody.
Poniżej osiemnastki nie wejdziesz. Chyba, że ma jakieś znajomości
albo podrobione papiery – dodałam, choć powinnam była ugryźć
się w język.
- I w
dodatku kryminalista! - Alicja krzyczała coraz bardziej. Podniosła
się z narożnika i machała rękoma. Bałam się, że zrobi komuś
krzywdę. - Oszust i kryminalista! I mógłby być moim synem!
- Alka,
jaki syn? Musiałabyś mieć dwanaście lat.
- Mało
mamy teraz patologii?! Ja też mogłam być patologią!
No,
to pięknie. Nie dość, że przeleciała gówniarza, to jeszcze ma
do niego słabość.
Może
jednak umówię się z tym Mateuszem?
Wystukałam
pospieszne wiadomość i wysłałam do niejakiego Mateusza. Po chwili
otrzymałam informację zwrotną – jutro o piętnastej, w
restauracji. Obiad. Może jednak nie jest taki zły?
Nie
rozpoznałam go, to on ruszył w moim kierunku i już byłam pewna,
że: po pierwsze nic z tego nie będzie, a po drugie: z pewnością
nie dałam mu swojego numeru. Chłopaka widziałam pierwszy raz w
życiu. I ostatni, postanowiłam.
- Może
nie powinnam tak od razu, ale chyba musimy wyjaśnić sobie pewną
kwestię – zaczęłam, zaraz po tym jak usiadłam przy stoliku.
Pomyślałam,
że nieładnie będzie tak po prostu wyjść.
- Zatem...
Skąd masz mój numer? - zapytałam.
- Twoja
koleżanka mi podała – odparł z rozbrajającą szczerością.
Alicjo,
nie żyjesz. Właśnie złamała jedną z podstawowych zasad
imprezowania: nie podajemy nawzajem swoich numerów. To grzech. I
dlaczego jemu?!
- Ach,
no tak – wzruszyłam ramionami. - Dlatego cię nie kojarzę.
Poproszę kurczaka z warzywami i wino – zwróciłam się od razu do
kelnera.
W
głowie obmyślałam plan ukarania Alicji lub przynajmniej poważną
reprymendę.
- Mam
dla ciebie niespodziankę – powiedział Mateusz.
Nie,
nie zostanę twoją żoną. Nie spędzę z tobą najbliższego
weekendu. Nie, nie, nie.
- Niespodziankę?
- zapytałam słabo. - Ale przecież nie ma takiej potrzeby...
- Już
kupiłem. I nie możesz odmówić, bo idziemy tam zaraz po obiedzie –
odparł zadowolony.
Strach
było pytać o co chodzi.
- Tam?
- Zobaczysz.
Super.
Romantyk – niespodziankowicz. Czy jeśli sobie przypomnę, że
zostawiłam żelazko na gazie, to mi uwierzy?
Nie
będę narzekać na obiad – był smaczny. Mateusz był naprawdę
miły, ale nic, kompletnie nic mnie w nim nie intrygowało.
Próba
wykręcenia się z „niespodzianki” także nie zadziałała.
Pozostało mi wsiąść do taksówki i ujrzeć to, co czego widzieć
zapewne nie chciałam.
Hala
Podpromie?
- No,
chodź, zanim będą kolejki – Mateusz pociągnął mnie za rękę.
Prawie sobie zęby wybiłam, ale co za różnica skoro w niego
wstąpił jakiś nowy duch.
Mecz?
Idziemy na mecz? To jest ta cała niespodzianka?
Dzięki
Bogu!
Tylko
co za sens wchodzić na pustą halę? Może to jednak nie mecz?!
Waleria, myśl, myśl, myśl!
- Mateusz,
ale co to wszystko ma znaczyć? - zapytałam, zatrzymując się w
szerokim korytarzu.
- Zdaję
sobie, że to trochę niekonwencjonalna pierwsza randka, ale
pomyślałem, że miło spędzimy czas.
Randka?
Mam
alergię na słowo „randka” zwłaszcza z mężczyznami, którzy
kompletnie nie są w moim guście. Mateusz, oprócz tego, że jest
miły i dla wielu kobiet z pewnością przystojny, nie porusza we
mnie kompletnie nic. Może odrobinę strunę strachu, bo takie
wycieczki i szumne zapowiedzi działają na mnie stanowczo
odstraszająco.
Moje
skołatane nerwy ukoił dopiero widok kilkunastu ludzi na trybunach,
muzyka z głośników, coraz większy tłum i świadomość, że na
szczęście czas płynie cały czas do przodu. Zajęłam się więc
małą butelką wody, który uczynnie dostarczył mi Mateusz i
czekałam na dalszy rozwój wydarzeń – to znaczy z całych sił
pragnęłam, by mecz jak najszybciej dobrnął do końca, a ja
mogłaby nareszcie wrócić do domu.
Koniec
z niepewnymi spotkaniami!
- Na
meczę chodzę od zawsze! - krzyczał do mnie Mateusz akurat wtedy,
kiedy z głośników płynęła głośna muzyka, a kibice wydobywali
z gardeł okrzyki. Na cześć wychodzących zawodników, którzy
zaczęli rozgrzewkę.
- Aha!
- odkrzyknęłam elokwentnie.
Nie
jestem niemiła, naprawdę. Tylko to wszystko nieco za długo trwa.
Nie
wiedziałam, że w połowie meczu doznam olśnienia. A raczej zderzę
się ze ścianą. Chociaż... Nie, to jeszcze nie była ściana.
Miękkie drzwi.
- Mateusz!
- pociągnęła go za rękę. - Kim jest ten z siódemką?
- To
nasz kapitan? - spojrzał na mnie co najmniej jakbym dopuściła się
grzechu ciężkiego nie znając rzeszowskiej drużyny.
Heloł,
nie wszyscy muszą się interesować siatkówką!
Wolałam
nie pytań o nazwisko, bo gotów mnie zadźgać wzrokiem.
Wrażenie,
że pana z siódemką znam potęgowała każda minuta. Pod koniec
meczu stwierdziłam jednak, że to niemożliwe i moje odczucia
spowodowane są dniem pełnym wrażeń. Dopiłam resztę wody, a
potem jak najgrzeczniej umiałam, podziękowałam Mateuszowi za
popołudnie i wieczór. Jeszcze szybciej dorwałam taksówkę i
wróciłam do domu, w którym odetchnęłam z ulgą.
Jedna
sprawa nie dawała mi spokoju.
Otworzyłam
laptopa i weszłam na stronę rzeszowskiego klubu, potem wybrałam
zakładkę „Drużyna” i prawie padłam na zawał.
Niebieska
koszula odnaleziona.
***
Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście były.
Jakoś nigdy wcześniej nie trafiłam na Achrema w opowiadaniu, może dlatego że nie szukałam ;) Oszałamia mnie jego uśmiech i jego język polski, uwielbiam go jak na Resoviaczkę przystało;) A tutaj czekam aż będzie go więcej :D
OdpowiedzUsuństaramy się być, nie bywać, być ;*
OdpowiedzUsuńNiebieska koszula? Będzie fajnie, już jest. Momentami lądowałam ze śmiechu na podłodze, nie wiem czemu, może za dużo kawy i powerade? Nie przepadam za Resovią i Podpromie trochę źle na mnie działa, ale będę. ;)
OdpowiedzUsuńDobra, to ja będę.
OdpowiedzUsuńJa jestem, tylko ciężko mi złożyć jakiś wartościowy komentarz. Ale jestem.
OdpowiedzUsuńTrochę spóźniona, ale jestem.
OdpowiedzUsuń