5 czerwca 2013

Rozdział III

        Z Niebieską Koszulą zatańczyłam dwa utwory, a potem zniknął niczym Kopciuszek na balu. Z tą różnicą, że nie zgubił buta, a porwany został przez swoich znajomych – nie przez północ, którą i tak mieliśmy za sobą. Po tym, jak krótko mi podziękował i uśmiechnął się pięknie, stałam na parkiecie kilka długich sekund, gapiąc się przed siebie.
         Tak zakończyła się nasza przygoda.
         Czasami mam wrażenie, że żyję tylko w swojej rzeczywistości, a reszta świata dzieje się obok mnie. To poczucie kompletnej odrębności, grubej krechy, która oddziela mnie od tego wszystkiego.
Prościej mówiąc: jestem najmniej poinformowaną osobą w mieście. No, przynajmniej w niektórych tematach.
       Wybrałam numer Alicji, ale ona nie odbierała. Chciałam się z kimś podzielić moimi myślami. Spojrzałam na zegarek – była prawie dwudziesta druga, więc nie zamierzałam niepokoić mamy.
      Marek. Marka zawsze uważałam za jedynego rozsądnego kandydata na mojego męża. Drugiego męża. Tyle, że nie zamierzałam przez najbliższe lata wychodzić za mąż, a poza tym on musiałby mnie choć trochę kochać. Albo żebym go chociaż pociągała jako kobieta.
- Marek! - krzyknęłam do słuchawki.
- W którym jesteś szpitalu? - zapytał ziewając.
        Jakim znowu szpitalu?
- Jestem w domu – odparłam. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Zamieniam się w wielkie ucho.
    Roześmiałam się z dwóch powodów: pierwszym był Marek, a drugim moje myśli, które nagle podpowiedziały mi, że zachowuję się niczym nastolatka, która zobaczyła swojego idola i nie potrafi opanować emocji. Głos Marka, jego spokój i rzeczowość udzieliły mi się i sprawiły, że poczułam ulgę.
- Właściwie to już nic – powiedziałam ze śmiechem. - Co robisz?
- Oglądam mecz, ale jest tak beznadziejny, że chyba przełączę na badziewną komedię. Powiesz mi po co dzwonisz?
- Mogę z tobą pooglądać badziewną komedię?
- Jasne.
       Rzuciłam krótkie „dzięki”, ubrałam się, a pięć minut później byłam już u Marka. Miałam to szczęście, że mieszkał w bloku obok.
       Dobrze wiedzieć, że nie jest się samemu na świecie.

      Niebieska koszula chodziła mi po głowie przez kolejne trzy dni. Czwartego zaś praca się lekko posypała i nie miałam czasu, by myśleć. Piątek dnia odwiedziła mnie Alicja z winem, więc logicznym było, że myśleć nie było po co. Szóstego dnia była znowu praca, a siódmego Mateusz czekał na mnie z bukietem róż.
- Yyy – zaczęłam cała zaskoczona, jeszcze nie wściekła – wkurzona byłam dopiero po chwili, kiedy zrozumiałam, że on chce wejść w moje życie. Nie lubię jak mi ktoś wchodzi w życie.
- Masz zepsuty telefon? - zapytał, wyłaniając się zza róż.
        Róże są tandetne. Wcale nie romantyczne. One wyrażają kompletne NIC.
- Nie? - spojrzałam na niego już lekko podminowana.
- Nie odbierałaś, nie odpisywałaś, więc pomyślałem, że może masz awarię.
       „Masz awarię”? Mam tylko lekkie spięcie.
- Widocznie nie wziąłeś jeszcze jednej opcji pod uwagę – powiedziałam. - I skąd wiesz, gdzie pracuję?
- Popytałem – odparł szczerze. - Proszę – wręczył mi bukiet róż, który musiał sporo kosztować. To mnie tylko rozsierdziło.
- Mam alergię na róże – powiedziałam. - Spieszę się.
       Zdawałam sobie sprawę, że to nie było najlepsze rozwiązanie sytuacji, ale wolałam nie udawać przez kolejny godziny, że świetnie się bawię i planuję z nim przyszłość. To typ faceta, który nie rozumie, że wszystko ma swój czas i miejsce, a tym bardziej nie potrafi czytać z zachowania partnerki.
- Kochanie, czekałam na ciebie! - zawołałam w stronę Marka, który wyszedł właśnie z firmy. On oczywiście nie ma zielonego pojęcia o grze aktorskiej, więc zrobił zdziwioną minę, a brwi osiągnęły apogeum uniesienia.
       Lewo powstrzymałam się, by nie klapnąć sobie samej w czoło.
    Marek podszedł do nas, spojrzał na mnie morderczo po czym uśmiechnął się od ucha do ucha i przedstawił się Mateuszowi.
- Piękne róże – rzucił.
- Waleria ma alergię, nie wiedziałem – odparł tylko.
- Masz alergię? - Marek zapomniał, że jest moim chłopakiem, który wie o mnie dosłownie wszystko: łącznie z tym, że przecież mam alergię. - No tak! - zreflektował się po moim spojrzeniu.
        Musiałam ratować sytuację.
- Kochanie, poczekaj na mnie w samochodzie, chcę jeszcze zamienić słówko z Mateuszem – powiedziałam przymilnie.
       Marek posłał mi kolejne mordercze spojrzenie, choć chyba mu ulżyło.
- Słuchaj, przepraszam, że tak wyszło – powiedziałam. - Jestem zajęta, więc nie możemy się już spotykać – skłamałam.
       Naprawdę nie chciałam być okrutna.
- Zauważyłem.
- Głupio wyszło, ale... W sumie głupio i tyle. To cześć – uśmiechnęłam się zakłopotana.
       Może to nie była popisowa akcja oddalenia zalotów, ale nic innego nie przyszło mi do głowy.
       Teraz jeszcze muszę przeżyć wrzask Marka.
       A krzyczeć będzie na pewno.
       Zabiorę go na obiad do jego ulubionej restauracji, to powinno go nieco ugłaskać.

      Myślałam o Niebieskiej Koszuli, wspomnienie jego uśmiechu znalazło kawałek miejsca w mojej głowie i często przypominało o swojej obecności. Ono nie powinno nic dla mnie znaczyć, bo byłam tylko jedną z wielu dziewczyn, z którą tańczył. Może i nie widziałam tego, ale podejrzewam, a nawet jestem pewna, że mam rację. Taką myślą próbowałam niwelować tę o uśmiechu. Bo przecież uśmiechał się pięknie i patrzeć też pewnie potrafi pięknie.
      Walerio, jesteś niepoważna.
- Alka, jestem niepoważna! - ryknęłam do słuchawki.
- Co w tym odkrywczego?
      Naprawdę jestem niepoważna? Myślałam, że tylko teraz – kiedy rozmyślam o Niebieskiej Koszuli.
      I dlaczego wciąż nazywam go Niebieską Koszulą, skoro wiem, że ma na imię Olieg.
- Jesteś tam? - usłyszałam ponaglający głos Alicji. - Żyjesz?
- Żyję, żyję. Jutro popołudniu idziemy na mecz – ogłosiłam uroczyście.
- Na jaki mecz? Akurat jutro? Jutro mam paznokcie!
- To przesuń na inny dzień albo spróbuj zrobić je rano – westchnęłam. - Alka, proszę cię.
- Kibic się znalazł – warknęła, ale już wiedziałam, że pójdziemy tam razem.- Czego to mecz?
- Jak to czego? Siatkówki!
- W dupie ci się poprzewracało na starość.
       Może i trochę mi się poprzewracało, ale z pewnością nie na starość. Nie mam żadnego kryzysu, po prostu obudziłam w sobie nową pasję. To źle? W końcu sport to zdrowie. Zdrowo jest oglądać zdrowe ciała, prawda?
      Alka miała pięknie pomalowane paznokcie i wyglądała na zadowoloną. Uśmiechnęłam się więc miło i stwierdziłam, że któryś z tych ładnych panów z parkietu z pewnością zwróci na nią uwagę.
- I co z tego? To sportowcy, ich prawie nigdy nie ma w domu. W życiu bym się z żadnym nie spotkała.
      Aha.
      O tym nie pomyślałam.
      Walerio, opanuj się, nie przyszłaś tutaj szukać męża!
    Przyjemnie było na niego patrzeć mimo tego, że wyglądał zupełnie inaczej, niż wtedy w klubie. Tam emanował z niego totalny spokój i coś w rodzaju delikatności – tutaj był wulkanem energii, pełen pasji i mocy. To wszystko składało się na jego atrakcyjność, intrygował mnie.
     Niewiele pamiętam z tego meczu – wiem tyle, że Resovia wygrała, nastąpił dziki szał i ogromna cieszynka na trybunach. Alicja przyglądała się temu nieco ze skwaszoną miną, ale na koniec sama dołączyła do radosnych okrzyków.
      Z torebki wyjęłam brulion oraz gruby marker.
- I niby chcesz się pchać w tę dzieciarnię? - prychnęła.
- Jaką dzieciarnię? Stoją tam osoby w różnym wieku, więc nie przesadzaj. Idziesz ze mną?
- Idę, ale poczekam z boku.
      Doprawdy, starzejesz się, Alicjo.
    Kiedy w końcu przyszła moja kolej, podsunęłam mu swój brulion i czekałam aż w końcu podniesie wzrok. Był jednak tak zajęty podpisywaniem, że chyba nie miał zamiaru tego zrobić.
- Dla kogo? - zapytał.
- Dla Walerii – odparłam.
      Wtedy dopiero przerzucił swój wzrok na mnie.
- Cześć – powiedziałam i uśmiechnęłam się ładnie. - Waleria przez wu.
- Mogę zdjęcie? - zapytała dziewczyna, która stała obok mnie.
    To chyba trochę niegrzecznie wtrącać się kiedy ludzie rozmawiają. Ale może my wcale nie rozmawialiśmy? Tylko jak to w takim razie nazwać?
- Tak – odparł i uśmiechnął się do aparatu.
      Zabrałam zeszyt z jego ręki i postanowiłam odejść, bo przecież kolejne trzy piękne damy czekały na wspólną sesję.
        Nie lubię nastolatek.
- I jak tam, masz autograf?
- Mam – warknęłam i spojrzałam na zapisaną kartkę. - Ale z błędem. Zapomniał o jeszcze jednym „i”.
- Zgłoś reklamację – Alicja ryknęła śmiechem, jakby właśnie opowiedziała niesamowity dowcip.
      Ze złością popatrzyłam na wianuszek dziewcząt tulących się do Oliega. To było bardzo niesprawiedliwe, że takie gówniary bezkarnie go obmacywały, a ja miałam autograf z błędem ortograficznym!
    Warknęłam pod nosem, spojrzałam na zapisaną kartkę, potem znowu na koło adoracji i zanim Alicja zdołała mnie powstrzymać, ruszyłam hardym krokiem.
- Przepraszam bardzo! - powiedziałam głośno, przepychając się przez tłum dziewcząt. Nie spotkałam żadnego przyjaznego spojrzenia, bo takiego również nie posyłałam.
- Jest kolejka! - poinformowała mnie nadgorliwa fanka, której wbiłam sztylet w czoło. Wzrokiem, oczywiście.
- Wróciłam tylko po „i”!
     Myślę, że po tym oświadczeniu wszyscy uznali mnie za wariatkę. Olieg przeprosił na moment dziewczyny, a ja w tym momencie poczułam się idiotycznie. Obróciłam się i zobaczyłam płacząca ze śmiechu Alicję.
         Chyba mam kryzys, starzeję się.
- Dopisz mi tylko „i”. Mogłabym sama to robić, ale drażniłoby mnie to wizualnie – powiedziałam od razu.
- Przepraszam, mój polski nie jest jeszcze perfekcyjny.
- Niewielu Polaków mówi perfekcyjnie, więc nie masz się czym przejmować – wzruszyłam ramionami, próbując bagatelizować sprawę. - Dziękuję – powiedziałam odbierając brulion. Przez trzy długie sekundy patrzyłam na niego, a potem uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do zapłakanej Alicji, która wycierała mokre policzki.

      Olieg miał piękne oczy, takie same jak wtedy, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Szybko jednak poczułam się zwyczajnie głupio, bo przecież nie mam już nastu lat, by snuć jakieś senne marzenia o obcym mężczyźnie. Może nie był już wcale taki obcy? Był bardziej obcy niż za pierwszym razem.  

                                                                            ***
                                            Dziękuję, bardzo mi przemiło, żeście się odezwały. 
                                                                Fajnie, jak ktoś jest.

5 komentarzy:

  1. Alek jest Fajny, Niebieska Koszula też jest fajna, a już nie wspomnę o jego mało perfekcyjnym Polskim,
    jestem ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Walerię za to że wróciła po "i" :D

    OdpowiedzUsuń
  3. troszkę spóźniona, ale jestem! Waleria jest świetna, mnie też by raził błąd w moim imieniu, a tym bardziej "i" dopisane przeze mnie, więc dobrze, że wróciła po literkę :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Niebieskie koszule są hot, ale Achrem w niebieskiej koszuli jest bardziej hot :)
    Waleria rozwaliła mnie wracając po "i" :), a Alka gadką o patologi :P i wiesz fajnie by było jakbyś wróciła :) naprawdę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakoś umknął mi ten blog ale ciesze się że jednak trafiłam. Ciekawie zaczęłaś tę historię a teraz mam tylko nadzieję, że pojawi się tutaj coś więcej.

    OdpowiedzUsuń